Bez kategorii, Turystyka

4000 po raz pierwszy

Wspomniałam o tym już we wstępie, teraz pozostaje rozwinąć nieco temat, aby każdy kto planuje wyprawę w Atlas Wysoki mógł z tego artykułu cos dla siebie wyciągnąć. Postaram się zatem, aby nie było to tylko wspomnieniowe „pitu-pitu”:)

SONY DSC
widok ze szczytu Jebel Toubkal

Dlaczego Toubkal?

Przyczyn jest co najmniej kilka.

  1. dość tani i nie za długi lot z jedną przesiadką (teraz dostępne są też czartery): my ze znajomymi wybraliśmy oczywiście tanie linie lotnicze. Najlepsze połączenie było przez Hiszpanię. W jedną stronę lecieliśmy do Malagi, stamtąd podjechaliśmy już autobusem na Giblartar i promem do Tangeru. Wylecieliśmy rano z Balic a późniejszym wieczorem już byliśmy w Maroku. W drugą stronę wracaliśmy już samolotami przez Bergamo.
  2. niedrogie utrzymanie i możliwość negocjacji niemal każdej ceny: abstrahując od ulicznej sprzedaży czy targów, w Maroku targować się można niemal wszędzie. Wyjątkiem będą sieciowe Hotele, bilety komunikacji publicznej, supermarkety itp. miejsca. Wszędzie gdzie indziej można śmiało próbować swoich umiejętności negocjacyjnych, a już na pewno w pensjonatach, małych hotelikach i innych kwaterach, na targach, w małych rodzinnych sklepikach z wszystkim oraz taksówkach i busikach jadących z Marakeszu do Imlilu (bazy wypadowej na Jebel Toubkal).
  3. szczyt dostępny jest prawie dla każdego (trzeba pamiętać, że to wysokie góry i zadbać o odpowiedni ekwipunek oraz własne zdrowie poprzez krótką aklimatyzację, bo co wrażliwsi już na wysokości ponad 3500 m n.p.m mogą odczuwać dolegliwości wysokościowe) bez konieczności użycia sprzętu alpinistycznego (wyłączając warunki zimowe), choć raki, czekan, kask i kije można spokojnie ze sobą wziąć lub wypożyczyć u gościnnych Berberów w Imlilu.
  4. możliwość wyjścia na szczyt i zejścia w tym samym dniu (od schroniska licząc), zakładając dobre warunki pogodowe. Trzeba się przygotować, że może wiać i to mocno. My mieliśmy wielkie szczęście do pogody (przełom października i listopada).
  5. dobre zaopatrzenie, zero problemów z przekraczaniem granic, świetna baza wypadowa w Imlil. Łatwo też o zorganizowanie tragarzy, przewodników i 2 schroniska pod szczytem na ok. 3200 m n.p.m.

To chyba najważniejsze argumenty „za”, z praktycznego punktu widzenia. Bo przecież należy dołączyć do tego jeszcze przepiękne widoki, sympatycznych Berberów, smak na prawdę wysokich gór, wszędobylskie kozy, smaczne marokańskie jedzenie, berberian whiskey i miliony gwiazd nad głową zdających się jakby były na wyciągnięcie ręki.

Jak to zrobiliśmy?

Po pierwsze dzięki wsparciu kilku dobrych ludzi, sponsorów, którzy nasze „Oko na Maroko” zasilili funduszami na doposażenie, apteczkę i wyżywienie liofilizowane oraz czapeczkami i koszulkami, na których lądują ich logotypy.

W Tangerze złapała nas noc, więc zatrzymaliśmy się w całkiem przyzwoitym, przytulnym hoteliku Valencia w Medinie (pokoiki małe, ale czysto, z łazienką, ciepłą wodą).

Góry były naszym pierwszym celem, stąd z Tangeru wzięliśmy pociąg nocny z kuszetkami do Marakeszu. Warto wspomnieć, że obsługa pociągu chętnie pomaga z plecakami i wskazuje przedział, jednakże zaraz potem „wyciąga łapę” po napiwek, stąd warto mieć kilka EUR w kieszeni.

Pociąg jedzie całą noc i rusza oczywiście opóźniony. Nie jest jakiś wielce luksusowy, ale ma wszystko co potrzeba, a do tego jest czysto.

SONY DSC
nasz przedział

O poranku budzi nas słońce i rozległe niziny w okolicach Marakeszu oraz wilczy głód:)

SONY DSC
Dworzec kolejowy w Marakeszu

Dworzec jest tak czysty, że można by śmiało ucztować na podłodze. Jednak jak to we wszystkich ciepłych krajach nawet w najlepszym hotelu zdarzy się „przyjaciel” karaluch:) Za to ulica to już inny świat. Chaos i huk, ale znajdujemy i sklep i bank, a ostatecznie też główny cel czyli tzw. grand taxi. Długo negocjujemy z kierowcą cenę, ale udaje się postawić na swoim. Pakujemy się całą piątką i bagażami do starego mercedesa i ruszamy.

Kierowca zna drogę jak własną kieszeń, może dlatego pokonuje ją z tak ułańską fantazją, nie bacząc na nasze nietęgie miny i wyraz przerażenia w oczach podczas mijania się na wąskich drogach czy pokonywania ostrych zakrętów nad przepaściami. Jakimś jednak cudem cało docieramy do Imlil.

SONY DSC
widok z Imlil na masyw Atlasu Wysokiego

Niewielka, tętniąca życiem wioska u podnóża gór, na ok. 1800 m n.p.m, pełna uczynnych i otwartych Berberów i turystów wychodzących lub schodzących ze szlaku na Jebel.

Po niedługiej chwili 2 braci już nas prowadzi do swojego pensjonatu (zabijcie mnie, ale nie pamiętam czy miał jakąś nazwę, albo jak nazywali się gospodarze, ale dom był różowy:)). Zostawiamy rzeczy i idziemy na krótki spacerek aklimatyzacyjny:) Gdy wracamy, ogarniamy przepak, oni przygotowują tradycyjną kolację składającą się z: zupy Hariry, Tajin i słodkiej, miętowej berberian whiskey, czyli po prostu herbaty.

SONY DSC
herbatka zaserwowana profesjonalnie

Następnie załatwiają dla nas raki. Wszystko naprawdę niewiele kosztuje (cen nie podaję, gdyż to już kawałek czasu temu i mogły ulec niewielkim zmianom). Gospodarze starają się jak mogą i pięknie nas goszczą, jednak siedzimy tylko chwilę, bo wyjście skoro świt. Czeka nas pokonanie 1400 m przewyższenia z pełnym ekwipunkiem, bo chcemy poczuć wyprawę wszystkimi zmysłami i mięśniami:) nie korzystamy zatem z tragarzy czy osiołków (jak się potem okaże, po tym poznać Polaka na szlaku na Jebel, że sam nosi swoje bagaże :)).

 

SONY DSC
pamiątkowa fotka z gospodarzami
SONY DSC
ostatnia prosta do schroniska

Ruszamy i po kilkugodzinnym marszu ze słońcem w samo czoło i prawie non stop jednostajnie pod górę, z przerwami na szamę i symboliczny, dezynfekcyjny, kieliszeczek:), docieramy na 3200 do schroniska.

SONY DSC
schronisko

Wybieramy to tzw. francuskie, powyżej. Naszym oczom ukazuje się ogrom gór na tle pięknego kolorowego zachodu słońca. Podwieczorek, mimo chłodu, jemy więc na zewnątrz, niemal w ciszy.

SONY DSC
zachód słońca pod Toubkalem

Wieczorem na chwilę zasiadamy z „całym światem” w sali kominkowej. Mieszają się głosy i języki, ale łączy je jedno opowieści o górach i Coca-Cola, która bez trudu można dostać w schroniskowej kuchni 🙂 Na kolacje pochłaniamy liofilizaty.

SONY DSC
Coca-Cola po arabsku

Nie mogę wysiedzieć w schronisku, więc wychodzę na dwór, a tu wita mnie widok nieboskłonu tak pełnego gwiazd jakiego nie widziałam jak żyję. Stoję, milczę, patrzę i chłonę wszystkimi zmysłami. Wracam dopiero kiedy zaczyna szczypać od mrozu nos:)

Schronisko zaskakuje dobrze zaopatrzonym kuchnio-sklepikiem, a kierownik znajomością kilku języków i niezwykłą wprost otwartością. Do tego pod prysznicem jest trochę ciepłej, no może bardziej letniej wody i całkiem sensowne sanitariaty.

Kładziemy się spać i wstajemy ok. 4:00, żeby zjeść szybkie śniadanie i wyjść najdalej o 5:00 na szlak. Czeka nas długa droga, ok 1000 m przewyższenia, nieco rzadsze powietrze i pierwszy raz na takiej wysokości.

Przepakowujemy plecaki i ruszamy z pierwszym promieniem słońca. Droga prawie od razu zaczyna mocno piąć się w górę, po kamieniach. Gdzieniegdzie widać zalodzenia, ale do granicy śniegu jeszcze daleko. Czuć nieco te 3200 n.p.m.

Pierwszy postój i popas już na śniegu właśnie i ruszamy dalej. Przed nami ostre i męczące podejście po piargu. Mamy wrażenie, że dajemy 2 kroki w przód i jeden w tył :), ale powoli wchodzimy na główną grań. Tu już w podzespołach idziemy dalej ostrożnie stawiając kroki, bo warunki przypominają miejscami naszą Orlą, tyle, że tutaj nie ma łańcuchów przy wąziutkiej ścieżce:) Po tym wąskim i dość długim przejściu wchodzimy na szeroki szczyt Jebel Toubkal zwieńczony triangulem.

Jest wyjątkowo pięknie, ciepło i nie wieje!:)

Chwila na zdjęcia, odpoczynek i obiad:) Posileni i podekscytowani zdobyciem schodzimy w dół. Największa zabawa zaczyna się na piargach, z których schodzimy techniką narciarską 🙂 wzniecając tumany kurzu, ale co tam.

Popołudniem, z resztkami wody, docieramy z powrotem do schroniska. Jesteśmy nieco zmęczeni, ale bardzo zadowoleni, bo udało się wejść wszystkim, nikogo nie dopadły żadne przykre dolegliwości związane z wysokością, trafiliśmy w przepiękną aurę i wystarczyło nam zapasów:)

Przed nami ostatnia noc w Atlasie Wysokim i rano schodzimy, część grupy przez góry, druga część po szlaku. Popołudniu docieramy do Imlil, gdzie zostajemy do następnego ranka.

Cała wyprawa, spokojnym tempem i czasem na aklimatyzację, trwa 4 dni, za to wspomnienia zostają do dzisiaj 🙂 Co najlepsze rozbudziły apetyt na jakiś kolejny fajny górski cel…

 

2 myśli w temacie “4000 po raz pierwszy”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s