Bez kategorii, Turystyka

Na dachu Hiszpanii

Trochę się ostatnimi czasy działo, stąd i dłuższe milczenie. Niemniej jednak czas wrócić do najciekawszych osiągnieć tego roku, czym był bezsprzecznie powrót na wysokości;)

W listopadzie udało się wyrwać wreszcie na drugi dłuższy urlop. Cel – Teneryfa, trochę zwiedzania, trochę wspinania (o tym potem) i on, wulkan El Teide.

Stożek Teide góruje nad Wyspą
Stożek Teide góruje nad Wyspą

Kilka miesięcy wcześniej zaczęłyśmy przygotowania, bo na szczyt można wejść tylko z pozwoleniem, które albo załatwia się w urzędzie lub automatycznie rezerwując nocleg w schronisku Altavista. Tak też zrobiłyśmy i my. Sprawa banalnie prosta, do załatwienia on-line, koszt ok 20-25 EUR (2018). Trzeba jednak pamiętać, by rezerwować z co najmniej 2-3 miesięcznym wyprzedzeniem, bo miejsc jest tylko około 50 i szybko się rozchodzą. My rezerwowałyśmy w sierpniu.

Na Teneryfę lata z Krakowa bezpośrednio Ryanair, więc dość łatwo się tam dostać.

Słów kilka o El Teide. Jest to wulkan leżący w samym środku wyspy, na terenie Parku Narodowego El Teide. Jest jednocześnie najwyższym jej punktem, jak i najwyższym szczytem Hiszpanii – 3718 m n.p.m. Należy do wciąż czynnych wulkanów o czym świadczą siarkowe wyziewy na szczycie krateru.

Na szczyt można dostać się kilkoma drogami, najczęściej wybieraną jest podróż kolejką i następnie krótki spacer na szczyt. Jednakowoż z racji na spore przewyższenia (ok 1500 m) i szybkość ich pokonywania nie jest to zbyt rozsądne i często kończy się objawami choroby wysokościowej, no chyba że jednego dnia wyjedzie się kolejką, prześpi noc w schronisku i ruszy kolejnego na szczyt.

Jednakże dla nas było oczywistym zdobyć szczyt tradycyjnie per pedes 🙂 trasą przez Montana Blanca i noclegiem w schronisku.

Schronisko otwiera się dopiero o 17:00, a pokoje dostępne są od 19:00. Dzień na Teneryfie też nieco dłuższy, więc spokojnie można zacząć podchodzenie dopołudnia.

Ruszyliśmy około 13:00 z wysokości około 2000 m n.p.m. Początkowo trasa wije się wokół wulkanicznych pagórków i formacji skalnych, łagodnie do góry, dość szerokim, kamienistym duktem. Jeśli wieje, to na tym odcinku czuć to szczególnie, stąd mimo pogody byliśmy poubierani dość mocno.

Ja i masyw Teide
Ja i masyw Teide fot. A. Klimkowska

Po osiągnięciu rozgałęzienia szlaku na punkt widokowy Montana Blanca szlak do schroniska i na szczyt Teide skręca ostro w prawo i od tej chwili wije się ostrymi zakosami do góry do samego poziomu Altavisty. Szlak jest dobrze oznaczony i dobrze wydeptany, trudno go zgubić. Na tym odcinku zaczyna się czuć powoli wysokość (ok. 2800-2900 m n.p.m.).

szlak z perspektywy ostatnich metrów przed schroniskiem, widać rozgałęzienie szlaków
Szlak z perspektywy ostatnich metrów przed schroniskiem, widać rozgałęzienie szlaków

Po ok 2,5-3 h stajemy pod schroniskiem – Rifugio Altavista 3260 m n.p.m. Jesteśmy grubo przed 17:00 więc grzecznie czekamy w przedsionku. Jest dość chłodno, więc w ruch idą kurtki puchowe i czapki.

 

Schronisko niedawno zostało w pełni odrestaurowane. Oferuje ciut ponad 50 miejsc noclegowych. Do dyspozycji gości są wieloosobowe sale z piętrowymi łóżkami. Na miejscu jest pościel, a obsługa rozdaje jednorazowe poszewki i prześcieradła, które każdy turysta ma obowiązek znieść ze sobą na dół.

Schronisko posiada przytulną jadalnię z pełnym wyposażeniem. Nie ma tutaj restauracji, ani baru. Jedyne co można dokupić to napoje i przekąski w maszynach, a zatem lepiej prowiant mieć ze sobą. My zaopatrzyliśmy się w liofy, które łatwo przygotować. Byli i tacy wśród turystów, którzy gotowali bardziej złożone i wymyślne dania, ale wszystko z własnych produktów.

Przeważają turyści z „górskich” krajów: Czesi, Słowacy, Niemcy, Austriacy i oczywiście Polacy (było nas, rodaków, w sumie ok 10-12 osób).

Na miejscu można prócz pamiątkowych naszywek i buffów kupić czołówki, rękawiczki i czapki, gdyby ktoś zapomniał. Ceny jednak dość wygórowane, więc lepiej nosić niźli prosić 😉

O 17:00 otwiera się jadalnia i toalety. Właśnie, trzeba pamiętać, że nie ma tutaj łazienki z prysznicem (wszelkie informacje są podane na stronie rezerwacyjnej i w potwierdzeniu rezerwacji, więc raczej nikogo to nie dziwi). Jest toaleta i umywalka. Z kranu leje się lodowata woda pod stosunkowo małym ciśnieniem, a zatem wielkie mycie odpada i warto mieć zapas mokrych chusteczek, które posłużą jako prowizoryczny prysznic 😉

Pokoje otwierane są o 19:00. Nam przypadł ten na samej górze, tuż pod powałą. Chatarzy włączyli ogrzewanie i w momencie zrobiło się przyjemnie. Na zewnątrz mocny wiatr potęgował wrażenie zimna, choć termometr wskazywał tylko około -3 do -5 stopni.

35,34,430,448.557495

Część grupy poszła na mały rekonesans, ja zostałam w schronisku, żeby dopilnować rzeczy i dokończyć meldunek. Za oknami natura malowała piękne, kolorowe obrazy ze światła, cienia i chmur.

Cień Teide na morzu chmur
Cień Teide na morzu chmur fot. A. Klimkowska

Powoli zapadał zmierzch. Wyszłam przed schronisko opatulona we wszystkie ciepłe rzeczy. Podziwiałam rozgwieżdżone niebo i migające w oddali światełka wyspiarskich miasteczek.

Schronisko trzeba opuścić do ok. 7:30 rano, a zatem układamy się do snu stosunkowo wcześnie. Ponieważ ok 1200 m przewyższenia pokonaliśmy na własnych nogach nie odczuwamy większych dolegliwości związanych z wysokością. Ktoś wspomniał o lekkim bólu głowy i mniejszym apetycie, ale na szczęście zanikającym. Ja czuję się świetnie mimo, że obawiałam się o moją kondycję po przebytej tuż przed przyjazdem anginie i dziesięciodniowej antybiotykoterapii. Mimo obaw o sen odpływam niezwykle szybko i śpię do rana jak przysłowiowe dziecko.

Atak szczytowy
Atak szczytowy

Budzik dzwoni około 5:00. Sprawne pakowanie, śniadanie i wyruszamy jeszcze po ciemku tuż przed 6:00. Mamy do pokonania ostatnie 458 m przewyższenia na szczyt. Wschód przewidziany jest na ok 7:30. Spodziewamy się dłuższego spaceru, ale droga mija niezwykle szybko i już ok 7:00 stajemy na szczycie. Podmuchy wiatru przynoszą ciepłe wyziewy siarkowe. Kamienie na szczycie całe pokryte są białym osadem. Na szczycie nie ma wiele miejsca, więc ludzie zajmują kolejne kamienie i czekają na wielki, naturalny spektakl słoneczny. Zaczyna się około 7:15. Z morza chmur zaczynają wyłaniać się pierwsze nieśmiałe promienie, które zabarwiają niebo na ciepły, żółty kolor. Mimo chłodu od razu robi się cieplej. Po chwili chmury rozwiewają się nieco i zaczynamy widzieć kolejne wyspy archipelagu, mamy szczęście widzieć wszystkie, z wyjątkiem Lanzarote, które nieco chowa się za innymi.

W oczekiwaniu na słońce
W oczekiwaniu na słońce
Widok na krater
Widok na krater

Robimy pamiątkowe zdjęcia i filmiki, napawamy się widokami i w doskonałych nastrojach ruszamy w dół. Krótki postój na drugie śniadanie zaliczamy na platformie kolejki, bo tutaj można schronić się przed chłodnymi powiewami wiatru.

Radość na szczycie
Radość na szczycie

Trzeba wiedzieć, że mimo, że na dole temperatury sięgają 20-25 stopni, to na górze cały rok panują wysokogórskie warunki pogodowe, do tego przeważnie mocno wieje. Przydadzą się więc kolejne warstwy typu kurtka puchowa i wiatrówka, czapka oraz rękawiczki. Co do obuwia wystarczą podejściówki lub lekkie buty trekkingowe. Trasa jest kamienista, a zerodowane skały i kamyki są ostre, więc „ranią” obuwie. Zimą (przeważnie od końca listopada do marca) na Teide pada śnieg, więc nie wykluczone są lepsze buty i raki lub raczki. Trasa jest łatwa technicznie, niemniej pod szczytem jest ciut ekspozycji i tracąc równowagę można byłoby sobie zrobić „kuku”. Niezbędna jest też czołówka i ciepła herbata. Aparat foto i dobre okulary słoneczne – konieczne!

Ze szczytu można jeszcze zejść na tzw. Pico Viejo, ale my chcemy jeszcze skorzystać z innych atrakcji Wyspy, a zatem ruszamy dziarsko w dół. Im niżej tym słońce bardziej dopieka, więc powoli pozbywamy się kolejnych warstw. Po około 2,5 h jesteśmy na dole, u wejścia na szlak.

Niebywałym wydaje się, że jeszcze parę godzin temu stałyśmy na szczycie naubierane jak na mrozy, a chwile potem wkładamy zwiewne sukienki i ruszamy w objazd po wyspie. Dlatego warto pofatygować się na Teide, bo gwarantuje murowane wysokogórskie atrakcje, przepiękne widoki i odrobinę adrenaliny, wszak nie wygasł…

Po wszystkim, od znajomych, dowiedziałyśmy się, że na północnym zboczu znajduje się Cueva del Hielo (Jaskinia Lodowa), której nazwa wzięła się właśnie z tego, że w środku można poczuć się jak w zamrażalniku;) Szkoda, że tak późno, bo na pewno zahaczylibyśmy o to miejsce w drodze powrotnej ze szczytu.

UWAGA! Trzeba uważać gdzie zostawia się samochód. Niestety dość często, na półdzikich parkingach przy wejściu na szlak, zdarzają się kradzieże rzeczy z aut. Najlepiej zatem zostawić samochód na parkingu pod tzw. Paradorem (hotel) i podejść spory kawałek drogą asfaltową do szlaku. Ewentualnie można próbować złapać stopa, bo ruch jest tu spory. Park odwiedzają dziennie tysiące turystów.

 

 

 

 

6 myśli w temacie “Na dachu Hiszpanii”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s