Turystyka, Wspinaczka

Skalne podboje: Nie takie piekło i diabeł straszne ;)

Daaaaawno mnie tutaj nie było. Powodów było co najmniej kilka. Sporo pracy, tej zawodowej, do tego kilka innych zobowiązań, wśród nich także te twórcze i pisarskie 😉 Sporo działań, o których mam nadzieję, teraz, kiedy się nieco uspokoiło, spróbuję Wam napisać. I jeszcze kilka innych wydarzeń, o nieco bardziej prywatnym podłożu, no i trudno nie wspomnieć o pandemii, która też trochę pozbawiła nas okazji do działania, choć w sumie, to narzekać nie mogę, bo mimo wszystko u mnie działo się całkiem sporo. A teraz cofnijmy się nieco w czasie…

Höllental, czyli Piekielna Dolina w grupie Rax-Schneeberg, w Alpach Styryjsko-Dolnoaustriackich, wcale nie jest tak straszna jak ją zwą. Być może swą nazwę wzięła z racji na specyficzny mikroklimat, który w upalne dni przysparza o wypieki na twarzy i pot na czole, a w te chłodne nakazuje mimo lata pędzić po puchówkę i wełnianą czapkę 😉 A może to dlatego, że słynnie ze swych pogodowych kaprysów. Niemniej jednak na pewno urzeknie każdego kto otwarty jest na wszelkiej maści aktywności górskie.

Okolica obfituje w górskie szlaki, różnej trudności via ferraty, ale przede wszystkim jest wspinaczkowym rajem. Amatorzy wielowyciągów i działania na własnej protekcji, znajdą tutaj mnóstwo dróg, tak Ci początkujący, jak i zaawansowani. Wspinacze sportowi też znajdą coś dla siebie.

Mnie do Höllentalu „wywiało” na kilka sierpniowych dni długiego weekendu, jeszcze w czasach przedpandemicznych, z grupą znajomych. Plan był prosty, wspinamy się, naprzemiennie z pokonywaniem pobliskich via ferrat. Była to też pierwsza dłuższa wyprawa moją kochaną Lodzią, którą wypakowaliśmy po brzegi i ruszyliśmy.

Po kilku godzinach jazdy i kilku granicach wjechaliśmy na kręte górskie drogi, które zaprowadziły nas na Rax Park’n’Camp. Kiedyś tu ponoć można było biwakować za darmo, teraz jest to odpłatny, niewielki, ale zagospodarowany parking z miejscem na biwak, czy to kamperem czy z namiotem. My wybraliśmy opcję namiotową, a ja spałam w Lodzi. Jest tu toaleta i prysznic, mini stołówka, gdzie można zamówić śniadanie, ławy drewniane, ale przede wszystkim wielki parking pobliskiej kolejki linowej. Doliną płynie czysty górski potok, piekielnie zimny, nawet podczas upałów 😉

Zajechaliśmy nocą. Szybko rozbiliśmy namiot, a ja zagospodarowałam Lodzie pod spanie. Kolejny dzień przywitał nas piękną, słoneczną pogodą. Po krótkiej nocy pozwoliliśmy sobie na powolny rozruch i późniejsze śniadanie, po czym ruszyliśmy na nieodległą, dość prostą, świetną na rozruch, via ferratę – Teufelsbadstubensteig o trudności B, ale myślę, że miejscami A/B. Do początku trasy prowadzi dość długie podejście doliną, potem czeka nas ferratowa wspinaczka, stopniowo coraz wyżej, gdzie otwierają się przepiękne widoki na piękne pionowe, wapienne ściany przeplatane soczystą zielenią. Cała wycieczka trwa kilka godzin, szczególnie jeśli chce się chwilę pokontemplować widoki. Zejście dość długie i momentami męczące, ale warto się pomęczyć.

07ACE143-A6ED-4D69-8941-7B31ABCD70C9

Kolejnego dnia wyruszyliśmy na sportowe drogi do Adlitz. Niby wapień, ale zupełnie inny niż ten nasz, podkrakowski. Całkiem dobre tarcie. Drogi od IV wzwyż i całkiem spory wybór, także dla każdego coś dobrego, no i można spotkać rodaków 😉 Wystarczyło nam na kilka godzin porządnego wspinania. Dojazd do Adlitz z pola namiotowego wiedzie uroczymi, dość wąskimi górskimi dróżkami, wśród pól i z widokami na okoliczne góry. Gdzie nie gdzie pasą się „Milki” 😉

DSC_2445

Kolejnego dnia znów ferrata, tym razem o trudności C/D lub D w zależności od źródła, zwana Hans von Heidsteig, której celem jest szczyt Preinerwand (1783 m). W sumie to ok. kilkaset metrów przewyższenia, spora ekspozycja i miejscami elementy wspinania, a pośrodku miejsce na odpoczynek przy małej kapliczce z pięknym widokiem. Całość kończy już łagodne podejście na szczyt. Tutaj się rozdzieliliśmy. Część grupy zeszło jedną stroną, część drugą, zahaczając o schronisko. Całodzienna wyprawa, warta polecenia, momentami z dreszczykiem.

FB_IMG_1566384445223

Ostatni dzień spędziliśmy na wspinaniu wielowyciągowym. Dla mnie były to pierwsze wielowyciągowe podrygi po długiej przerwie, a więc trochę było emocji 😉 Droga nie była trudna, a skała oferowała i dobre chwyty i dobre tarcie, a momentami nawet przejścia przez choinki 😉 Dużo większym wyzwaniem okazało się zejście, szczególnie przez piarżysko. Dzień, upalny, zakończyliśmy piknikiem i chłodzeniem w potoku. Potem trzeba było dopakować szpej i ruszyć w stronę Krakowa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
fot. A. Mendys

Były to 4 dni pełne aktywności wspinaczkowych i około wspinaczkowych, zakończone miłymi i wesołymi biesiadami wieczornymi przy wspólnym stole, masą śmiechu oraz sporo ilością pozytywnych wrażeń. Jest to na pewno miejsce, które warto odwiedzić, szczególnie na początku przygód ze wspinaniem górskim, ale i ferratami.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s